Forum wielotematyczne LUKEDIRT Strona Główna
 Strona Główna  FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy  Statystyki  Rejestracja  Zaloguj  Album  Download

Poprzedni temat :: Następny temat
Pora ciepła 2016
Autor Wiadomość
PiotrNS 
Poziom 8


Hobby: Większość z wymienionych
Pomógł: 3 razy
Dołączył: 01 Maj 2019
Posty: 654
Miejsce zamieszkania: Nowy Sącz/Kraków
  Wysłany: 2019-10-10, 13:36   Pora ciepła 2016

Czas na obiecany, zapowiadany już dłuższego czasu wątek, o którym chwilowo zapomniałem ;) W gruncie rzeczy do jego napisania dwukrotnie zainspirował mnie Kmroz :) Pierwszy raz opisując swoją ulubioną (lub jedną z ulubionych) pór chłodnych, czyli 1997/98, skłaniając mnie do zrobienia czegoś w tym rodzaju z porą ciepłą, zaś po raz drugi wczoraj przy porównywaniu swoich ulubionych kilkudniowych i dłuższych okresów w pogodzie :) Zatem śpieszę z wyjaśnieniami :D
Dla mnie pora ciepła to pięć miesięcy od maja do września, pora chłodna to pięć miesięcy od listopada do marca, zaś kwiecień i październik są miesiącami przejściowymi, które przy ekstremalnych odchyleniach (np. kwiecień 1997/2018, październik 2000/2003) potrafią jednoznacznie wpasować się w kryteria pory ciepłej czy chłodnej.
Tę z 2016 roku uważam za bardzo udaną. Wszystkie jej miesiące oceniam jako dobre i bardzo dobre, nawet najsłabszy spośród tych pięciu miesięcy wydał mi się zdecydowanie fajny. A było to tak:

Maj 2016 - pierwszy miesiąc pory ciepłej nadszedł tuż po ekstremalnie późnym... ataku zimy ukazanym tu: http://www.lukedirt.com.p...php?p=5453#5453
Na szczęście pokłosiem tego niechcianego incydentu nie było długie załamanie pogody. Już 30 kwietnia, w sobotę rozpoczynającą majówkę, pogoda była naprawdę przyjemna, mimo zaledwie 16 stopni świecące słońce podnosiło temperaturę odczuwalną. Sama majówka okazała się bardzo przeciętna, co nie oznacza zła - początek maja to dla mnie czas kiedy norma zaczyna być fajna. Niedziela 1 maja upłynęła pod znakiem dominacji słońca, a termometry pokazały 18 stopni. Gorszy niestety był Dzień Flagi, kiedy notowano tylko 16 stopni, a dodatkowo niebo poskąpiło słońca, zsyłając jednak w zamian potrzebny deszcz (jak ktoś słusznie zauważył, w kwietniu i maju nie ma mowy o zbytecznych opadach, chyba że przybierają one tak skrajną formę jak w 2010 czy lokalnie 2014 roku). Rankiem 3 maja wybrałem się ze znajomymi w góry celem dość ekstremalnej eksploracji kilku ciekawych jaskiń, m.in Jaskini św. Szczepana i Jaskini Niedźwiedziej :D Wysoko ponad poziomem morza zalegały jeszcze resztki śniegu i było bardzo zimno, jednak po powrocie do Nowego Sącza było już przyjemnie z 20 stopniami i przebijającym się śmiało słońcem. Kolejne dni, aż do 12 maja, upłynęły pod znakiem pogody tak bardzo majowej, że chyba trudno o bardziej naturalną a zarazem ładną I połowę tego miesiąca - nie bez powodu umieściłem ją wśród swoich ulubionych kilkudniowych okresów. Codzienne temperatury w granicach 20 stopni (czasem nieznacznie poniżej) i kilka dni z wymarzoną temperaturą 22-23 stopnie przy jednocześnie normalnych termicznie nocach. Każdego dnia nie brakowało słońca, choć często zdarzały się też potrzebne, a krótkie i "bezbolesne" opady deszczu. Szkoda że 9 maja nadeszły akurat podczas tranzytu Merkurego na tle tarczy słonecznej :/
Przez pierwszych 12 dni maja temperatury średnie wyjątkowo zgrabnie mieściły się w "widełkach" 12-14 stopni, tylko dwa razy plasując się poniżej i raz powyżej (12 maja był jedynym dniem "letnim" na całe pierwsze dwie dekady miesiąca). Do tej pory maj 2016 był wręcz modelowo normalny.
Przełom nastąpił 14 maja, kiedy nadeszło dość głębokie ochłodzenie. Ten dzień był bardzo deszczowy, jednak z racji tego że deszcz padał przy 14 a nie 7-10 stopniach (maj 2019 się kłania), nie dał się bardzo we znaki - zwłaszcza że kolejne trzy dni deszcz przeplatały ze słońcem i momentami bezchmurnym niebem (trochę tak jak teraz). Nie było ponurej, smutnej aury, lecz pogodno-deszczowa przeplatanka przy umiarkowanym wietrze. Nie zaprzeczę jednak że było chłodno. 15 maja byłem na chrzcinach w Zakopanem, gdzie notowano tylko 9 stopni i wiał mocny zimny wiatr. Ochłodzenie miało się jednak ku szybkiemu końcowi, a kolejne dni (16-17 maja) mimo że zimne (odpowiednio 12 i 11 stopni) nie skąpiły pogodnego nieba, toteż najważniejszą kwestią stało się dla mnie uniknięcie przymrozków. Choć 16 maja nad ranem zanotowano zaledwie 1,3 stopnia, obeszło się bez czegoś gorszego. Zły okazał się natomiast 18 maja, kiedy przy niecałych 11 stopniach przez niemal cały dzień siąpił deszcz. Tak na dobrą sprawę to był jedyny dzień, który zaszedł mi za skórę. Z Meteomodelu pamiętam wypowiedź przyrodnika, który pracował wtedy przy inwentaryzacji drzew i za sprawą chłodu zapamiętał jako bardzo zimny... cały maj 2016. Ale na szczęście tak nie było, nadchodzi odsiecz :D
Tradycyjnie 19 maja (chyba żaden inny dzień roku nie ma u mnie takiego farta) pogoda się odmieniła i po pochmurnym poranku wyszło słońce rozgrzewając powietrze na razie skromnie, do 19 stopni. Kolejnego dnia temperatura przy całkowitym usłonecznieniu przekroczyła już próg "20", zaś kolejny zapoczątkował dekadę, której myślą przewodnią mogą być słowa "Piechotą do lata". I tak wkraczamy w kolejny piękny, wyróżniony przeze mnie pogodowy okres, który potrwa do 1 czerwca. Dni 22-24 maja to po przejściowym 21-ym dni wspaniałego lata w temperaturach 26-27 stopni i wręcz nienagannie błękitne niebo. Kolejnego dnia (25 maja) nastąpiło chwilowe przerwanie trendu i było dość pochmurno (choć nadal ciepło), zaś w Boże Ciało i zarazem Dzień Matki pogoda trafiła się jak na zamówienie. W porze porannych i południowych procesji temperatura była przeciętna, na poziomie ok. 19 stopni, a niebo zasnute chmurami, po czym wczesnym popołudniem rozpogodziło się znów do idealnego lazuru i temperatura wzrosła do tak lubianych 22 kresek :) W ten sposób przygotowanie do lata weszło już na ostatnią prostą. Od 27 maja do końca miesiąca temperatury już codziennie przekraczały 25 stopni w towarzystwie uroczych piętrzących się cumulusów. Naprawdę gorący okazał się jednak tylko 29 maja, najcieplejszy dzień tego miesiąca, kiedy przy temperaturze maksymalnej równej 28,2 stopnia, średnia osiągnęła 20,6. To jedyny w tym miesiącu dzień z TŚr 20+, poza nim temperatury, choć bardzo wysokie, nie sięgały "subupału" lecz oscylowały w granicach 27 stopni. 30 maja wczesnym popołudniem przeszła gwałtowna burza z silnym deszczem, który lejąc niemal poziomo zalał mi domofon w furtce :P Po burzy wyszło jednak słońce, a temperatura wróciła na jeszcze właściwsze tory, na około 24 stopnie. Sytuacja, choć już nie tak ostra, powtórzyła się nazajutrz, lecz w łagodniejszej formie. Burza przyszła wieczorem i lekki deszcz przedłużył się na kończącą maj 2016 noc. Ostatecznie maj 2016 ze średnią temperaturą 14,0 stopni ułożył się dokładnie na granicy klas „lekko ciepłej” i „ciepłej”. W tym samym miejscu umiejscowiona została średnia temperatura maksymalna wynosząca 20,5 stopnia. Był to zatem niemal w pełni wiosenny, „w punkt” majowy miesiąc. Letni epizod nadszedł dopiero wtedy, gdy w pełni go już toleruję, a co więcej, chętnie zapraszam :) Nie było terapii szokowej, zachowany został odpowiedni, wzrostowy trend temperatury, właściwy dla wiosny. Właściwe okazały się też opady – wyrabiane równomiernie i systematycznie zaowocowały sumą w wysokości 91,2mm, zatem nieco powyżej normy. A to się ceni. Tym bardziej że ani trochę nie wpłynęło negatywnie na usłonecznienie miesiąca, które okazało się bardzo wysokie i wyniosło aż 239,6h. Przyjemne temperatury, brak przymrozków, tylko jedno szybkie ochłodzenie, najwłaściwsze dawki opadów i duże ilości słońca sprawiły, że ów miesiąc zapisał się zdecydowanie w czołówce moich ulubionych majów. Dał nadzieję na piękne lato i nadzieje owe nie zawiodły, bo oto rozpoczyna się...

Czerwiec 2016 - miesiąc, który zaskarbił sobie moją sympatię od pierwszego dnia, można powiedzieć od pierwszego wejrzenia. Bo jak nie żywić ciepłych uczuć do 27 stopni skąpanych w wysokim, czerwcowym słońcu przy bezchmurnym, idealnym niebie? Wyjątkowo miłe otwarcie meteorologicznego lata i nowego miesiąca wywoływało pozytywne nadzieje na przyszłość, które nie zgasły nawet dnia następnego, gdy po dość zdecydowanym spadku temperatury do zaledwie 16 stopni w pełni dnia, zgasło słońce. Podobny, choć suchy okazał się także dzień następny, jednak nie miałem wtedy zbyt wiele czasu na kontemplowanie pogody, gdyż właśnie wtedy opuszczałem na dziewięć dni swój kraj i udawałem się na Półwysep Apeniński. Wyjeżdżając z pochmurnej i chłodnej południowej Polski wielu marzyło o niekończącym się włoskim słońcu i bezchmurnym niebie. Nawet nie wiem kiedy i kto nazwał leżący tam kraj „Słoneczną Italią”. Nie będę się o to spierać, ale fakty są takie że w kolejnych dniach Nowy Sącz okazał się zdecydowanie bardziej słonecznym miejscem, niż jakiekolwiek odwiedzone przeze mnie w ojczyźnie Francesco Petrarki i Leonarda da Vinci. Nie bez powodu to kolejna porcja dób umieszczonych przeze mnie w zestawieniu najlepszych kilkudniowych okresów tej dekady, mimo że nie było mi dane oglądać ich naocznie. Codziennie w rozmowach telefonicznych słyszałem że pogoda jest piękna, lecz kilkukrotnie przewinął się w nich jeszcze jeden wątek. Otóż o ile dni są przyjemne, to noce zimne, a i wieczorami powietrze prędko się schładza. Patrząc na dane tych dni, trudno nie przyznać racji, bo temperatury minimalne faktycznie nie jawią się jako zbyt okazałe, zaś 7 i 8 czerwca były wręcz nieprzyzwoite, bo spadły aż do pięciu kresek. Dni, które nadchodziły po takich nocach i porankach, były jednak nad wyraz przyjemne. Słońce prezentowało swoje walory bez limitu, na czystym niebie. A jednak nie podgrzewało powietrza zanadto. Większość dni pierwszej dekady czerwca 2016 roku pasowało raczej do późnej wiosny, gdyż przekroczenia 20 stopni nie były szczególnie zdecydowane, a i temperatury średnie zachowywały dystans wobec standardów pełni gorącego lata. Tylko jeden raz, w niedzielę 5 czerwca temperatura maksymalna lekko przekroczyła próg 25 stopni (25,3), co było zarazem oprócz 1 czerwca jedynym (!) przekroczeniem tej wartości w pierwszej połowie czerwca 2016. Zaiste ciekawa jest to kwestia zważając na to, iż czerwiec 2016 zapisał się jako ekstremalnie ciepły. Z mojej perspektywy był to jednak odpowiedni, nadal letni czas – z jednym wyjątkiem. Pamiętam jak 6 czerwca bieżącego roku, w rocznicę książkowego przykładu chłodnego, a zarazem bardzo pogodnego dnia letniego, wywiązała się dyskusja dotycząca dób tego typu w przeszłości. Otóż w moim mieście jeszcze lepszym przykładem od 6 czerwca 2018 jest 7 czerwca 2016 – dzień „wydobyty” z kwietnia. Po chłodnej nocy o temperaturze minimalnej równej 5,2 stopnia, w ciągu dnia temperatura wzrosła tylko do 19,2 stopnia, co owocowało temperaturą średnią w wysokości zaledwie 12,8 stopnia. A wszystko w morzu słońca, co nie jest raczej typowe dla jakby nie patrzeć głębokich letnich ochłodzeń. Aż szkoda że nie mogłem przeżyć tego dnia osobiście, na miejscu. Kolejne doby były już cieplejsze, ale nie aż tak słoneczne, zdarzały się nawet częstsze opady, które najbardziej zaznaczyły się w przerywającym słoneczny trend 11 czerwca i właśnie po tej deszczowej nocy, rankiem 12 czerwca, powróciłem z długiej podróży do mojej ukochanej małej Ojczyzny :) Wyszedłem na piętro do swojego pokoju i jak zawsze po moich powrotach z południa Europy (z wyjątkiem syberyjskiego lutego 2012) stwierdziłem na głos - „u nas to jest jednak najpiękniej”. Zobaczyłem polski czerwiec 2016 w całej okazałości. Jaskrawo błękitne niebo z płynącymi po nim powoli delikatnymi cirrusami, śpiew ptaków, intensywnie zielona trawa skropiona jeszcze nocnym deszczem, kwitnące róże, piwonie i mnóstwo innych kwiatów, wszystko emanuje świeżością… Ani śladu południowoeuropejskiej suchości i zmęczenia. Tak jakoś bardziej żywo :) Zestawiając ten fakt ze zwycięstwem z Irlandią Północną i wspaniałą pogodą, otrzymujemy obraz wymarzonego powrotu. A jeszcze więcej powodów do zadowolenia dawały prognozy, które systematycznie zanosiły coraz więcej dni charakterystycznych dla pełni przyjemnego dnia. Od 15 czerwca temperatura pięła się w górę, lecz słońce nie było już tak zdecydowanym dominatorem jak w poprzednich tygodniach. Pojawiło się nieco większe zachmurzenie zsyłające małe, ale regularne opady (dużo lepiej niż rzadko, a po całości). Muszę tu jednak wyraźnie odróżnić to zachmurzenie od tego „upierdliwego” z lipca 2019. Nie było chmur przykrywających całe niebo przez większość dnia, niemal cały czas było pogodnie z małymi przerwami, a obłoki na niebie wręcz upiększały obrazki tego wspaniałego miesiąca. Kiedy zasłaniały naszą Dzienną Gwiazdę, to nie na darmo, lecz z małą dawką opadów deszczu. Archiwalne dane meteo zdają się nie przekazywać tu pełnej prawdy, bo nie pokazują deszczu np. 18 czerwca, kiedy wyraźnie go pamiętam bo tego dnia kosiłem trawę w ogrodzie. Nie obrażam się jednak, znaczenie może mieć tu fakt że mieszkam po drugiej stronie miasta niż stacja na starówce nad Dunajcem. Nie do podważenia jest za to fakt, że zrobiło się cieplej. Pierwsza połowa czerwca mogła wydać się wręcz rozczarowująca za sprawą zaledwie trzech lekkich przekroczeń 25 stopni, jednak po jej minięciu niemal wszystko uległo zmianie. 16 czerwca wieczorem dostałem wspomaganie fenowe i po bardzo ciepłej nocy (i tak byłaby ciepła za sprawą meczu z Niemcami :) ) kolejnego dnia, przy wiejącym ciepłym, wręcz pustynnym wietrze, temperatura wbrew zapowiedziom niespodziewanie przekroczyła 30 stopni. Dość nietypowy dzień, ani fajny ani niefajny – po prostu odmieniec od zdecydowanej większości typów letniej pogody jakich często doświadczamy. To jednak tylko jednodniowy wybryk i przez kilka dni począwszy od 18 czerwca temperatury powróciły do „umiarkowanego gorąca”. Temperatury średnie plasowały się w granicach 20-21 stopni, a maksymalne nie więcej niż 28. Prognozy były jednak jednomyślne przekazując, że czeka nas wyzwanie. Choć pierwszym dniem tej fali upałów rozumianym jako przekroczenie 30 stopni był u mnie 23 czerwca, to osobiście za jej początek uznaję poprzedni dzień. Wspomnienia :) Przy 29 stopniach pojechałem wtedy na forsujący, kilkugodzinny wyjazd rowerowy w góry. Chmury, którym zdarzało się zasłonić słońce, ułatwiały sprawę, ale i tak na okolicznych podjazdach wymęczyłem się niesamowicie ;) Ledwie żywy wróciłem akurat na mecz z Ukrainą i dochodząc do siebie śledziłem kolejny mecz tego wspaniałego dla nas turnieju. Aktywny dzień z bardzo przyjemnym, ciepłym wieczorem, stał się furtką do kilkudniowej fali dużego ciepła. 23 czerwca czułem się naprawdę dobrze. Było sucho pogodnie i dość optymistycznie, wszak już widać było zakończenie tego wyzwania. Wszędzie kwitły piękne maki, a w moich myślach przewijało się już właściwie jedno słowo - „wakacje” :) Te już nazajutrz, a jedynym co od nich dzieliło, był dzień rozdania świadectw. Ten rok szkolny był bardzo ciekawy – zarówno na jego rozpoczęciu jak i zakończeniu panował wielki upał. 33,1 stopnia było najwyższą temperaturą zanotowaną w tym czerwcu i zarazem całym 2016 roku. Ktoś wpadł na wspaniały pomysł, by akademia odbywała się na świeżym powietrzu, na boisku szkolnym. Rozległy dąb stojący na środku przeżywał prawdziwe oblężenie. Ja dałem radę bez niego, ale po powrocie w bardzo dobrym nastroju do domu, marzyłem tylko o zaszyciu się w jakiś ciemniejszy kąt. W znacznej części Polski było to marzenie ściętej głowy, jednak w Nowym Sączu około 14-tej coś zaczęło się dziać. Początkowo nieśmiało na niebo wpłynęło trochę chmur, które z czasem przybierały na objętości. Wraz ze zbliżaniem się wieczora niebo pociemniało, jednak nie na tyle, by spodziewać się, że powtarzające się raz po raz grzmoty zwiastują coś szczególnie groźnego. I wtedy, wkrótce po 18-tej wszystko runęło. Potężna ulewa i silny wiatr na kilka minut kompletnie zasłoniły zewnętrzny świat w akompaniamencie głośnego szumu. Do deszczu dołączył drobny grad, zawsze wywołujący obawy. Na szczęście po krótkim czasie burza odeszła, nie pozwalając – to niestety – nacieszyć się widokami pięknych błyskawic. Nadszedł wyjątkowo miły, a jak na tę ruchomą pentadę wręcz rześki wieczór. Niebo oczyściło się, zaszło lekką mgłą, a temperatura spadła do 21-22 stopni. I wiele już nie spadnie, bo pod względem średniej temperatury dobowej to 25 czerwca okaże się najgorętszy. Wyjątkowo silna operacja słoneczna i błyskawicznie rosnące ciepło sprawiły, że był to dość trudny w funkcjonowaniu dzień. Podobnie jak robiłem w sierpniu 2015, pojechałem na rower rankiem, by wrócić jeszcze przed południem. Zresztą tego dnia działy się ciekawsze rzeczy. W czasie rzutów karnych w meczu ze Szwajcarią upał panowałby nawet przy pogodzie właściwej czerwcowi 1985 ;) Po takim widowisku nawet wieczorne powietrze nagrzane do wyjątkowo pokaźnych wartości, zdawało się przynosić orzeźwienie. Został już tylko jeden dzień fali upałów, który w żadnym stopniu nie przypominał jednak „piekarnika”. Wprawdzie „stuknęły” 32 stopnie, ale już wczesnym popołudniem nadeszły chmury i gorąco przeminęło, zastąpione w dalszej części dnia temperaturami rzędu 22-25 stopni. I tyle ją widzieli (falę upałów)! Z mojej perspektywy naprawdę ciężki, bardzo upalny był tylko 25 czerwca, kiedy przez cały dzień nie można było liczyć na choćby chwilę przerwy. 23-go nie było jeszcze aż tak upalnie, zresztą wnętrza nie były zbyt nagrzane, 24-go upalny peleton przerwała burza, a 26-go akcja skończyła się w środku dnia. Bez porównania do 10-16 czerwca 2019.
27 czerwca powitały mnie widoki zgoła niepodobne do wzorca czerwca 2016 – padający rzęsiście deszcz i temperatura nieprzekraczająca 20 stopni. Trudno było wtedy zaplanować jakąkolwiek dłuższą aktywność na świeżym powietrzu; również dlatego że przy 18 stopniach, mając za sobą kilkanaście gorących i upalnych dób, odczuwa się chłód (przynajmniej ja). Dzień oceniałem negatywnie i wysoce prawdopodobne wydawało się, że skończy tak i dzień następny, jednak pod wieczór niebo się rozpogodziło i znów zrobiło się umiarkowanie ciepło, lekko ponad 20 stopni. To oczyszczenie nieba oznajmiło, że dzień moich imienin, 29 czerwca, będzie wymarzony. No bo jak nie lubić 27 stopni przy nienagannie czystym niebie, po rześkiej nocy i tak pięknych okolicznościach przyrody, jakie podziwiałem wtedy na rowerze – chyba dodam zdjęcia z tego dnia :) Po poprzednich dwóch dobach pozostało sporo kałuż, a po wspaniałym czerwcu 2016 za chwilę zostanie tylko wspomnienie. Został tylko powitany podczas nocnych obserwacji astronomicznych ostatni dzień. Przyniósł jednodniowy powrót upału (31,2), który przypieczętował ekstremalne ciepło kończącego się miesiąca, łagodząc spadek temperatury wieczornym zachmurzeniem nieba.
Tak, mimo dość typowo wczesnoletniej I połowy, czerwiec 2016 z temperaturą średnią równą 18,7 stopnia okazał się miesiącem ekstremalnie ciepłym; jakkolwiek w roku 2019 nazywanie takiego czerwca trochę mnie śmieszy ;) Zresztą – trzy lata temu również nie czułem, by pod względem termicznym był aż taki niezwykły. Słynne upały przeszły praktycznie bezboleśnie, trafiło się wiele rześkich wieczorów, a dni nawet w II połowie przynosiły raczej umiarkowane letnie gorąco, aniżeli upał z prawdziwego zdarzenia. Trochę dziwię się użytkownikowi Meteomodelu z Rzeszowa, który skreśla całą tę połowę, a wraz z nią cały miesiąc, podczas gdy w wielu czerwcach zdarzyły się bardziej wymagające epizody. Średnia temperatura maksymalna miesiąca wyniosła 25,2 stopnia, więc – owszem – okazała się bardzo wysoka jak na czerwiec, ale w skali pory roku jaką jest lato, niczym nie szokowała. Zdecydowanie bardziej uwagę przyciąga usłonecznienie, które w 2016 roku pobiło 40-letni rekord o 15,5 godziny, wynikiem 285,5h. Tym samym czerwiec 2016 okazał się ówcześnie piątym najbardziej słonecznym miesiącem od czasów rozpoczęcia takich pomiarów w 1966 roku (maj 2018 i wiadomo co zepchnęły go na siódme miejsce). Niepokojąca mogła wydawać się bardzo niska suma opadów wynosząca zaledwie 32,2mm, jednak biorąc pod uwagę lokalny charakter ulewy z 24 czerwca i kilka pominiętych drobnych opadów w II dekadzie, suma w miejscu mojego zamieszkania z pewnością była wyższa, może nawet niemało. Co jednak najważniejsze, opady zdarzały się dość regularnie, zatem każda kropla właściwie przysłużyła się przyrodzie. To był wspaniały czerwiec, zajmujący trzecie miejsce na liście moich ulubionych, po 2017 i 2008. Szkoda że skończył się tak niemiłym piłkarskim zajściem, lecz i tak mogliśmy być dumni, podobnie jak z mijającego miesiąca zastąpionego moim zdaniem najsłabszym ogniwem tej pory ciepłej – lipcem 2016. Najsłabszym – lecz i tak dobrym.

Rozpoczął się częściowo upalnym dniem, w którym bardzo wysoką temperaturę w godzinach wczesnopopołudniowych złamała dość silna burza z kilkoma silnymi uderzeniami piorunów w moim pobliżu. Rozpoczęła się dobra opadowa passa. Nawet jeśli w czerwcu doszło do jakichś niedoborów, to w I dekadzie lipca wszystko się wyrówna. 2 lipca temperatura przekroczyła 30 stopni, ale w mało inwazyjnej formie – z krótką burzą. Przed nią było wprawdzie dość parno, ale jej przejście oczyściło powietrze na tyle, że wieczorem zrobiła się wręcz rajska pogoda – ciepła w punkt i bezchmurna z lekką, intrygującą mgłą. Kolejne dni to kwintesencja łagodnego polskiego lata (nawet lekko chłodnego). Temperatury w przedziale 22-26 stopni, umiarkowane noce, codziennie wiele słońca, częste opady nie „psujące” dnia, błękit nieba urozmaicony niewielkimi cumulusami… Bardzo przyjemny był to czas, a szczególnie miło wspominam 8 lipca. Rankiem obudziła mnie dość konkretna burza z pięknymi wyładowaniami i silną ulewą, a po jej odejściu nastał przepiękny dzień, z pogodą jak nieraz w lipcu 2013. 25 stopni i doskonale błękitne niebo, to przepis na udany letni dzień. Bardzo satysfakcjonujące były też kolejne, z tym że 11 lipca wystąpił krótki zastrzyk upału – na szczęście w formie jaką najbardziej akceptuję. Po umiarkowanej nocy temperatura wzrosła do aż 33 stopni, lecz wszystko odbywało się przy suchym powietrzu i czystym niebie, tak że nie odpuściłem sobie rowerowego wyjazdu i całkiem dobrze się na nim czułem. Taki łagodniejszy 30 czerwca 2019. Upalnie, ale tym razem niestety po bardzo ciepłej nocy i w atmosferze parności, zrobiło się także dnia kolejnego, z tym że podobnie jak 26 czerwca już wkrótce po południu nadeszły chmury i temperatura zaczęła spadać.
W ten sposób dochodzimy do najgorszego epizodu lata 2016. Ochłodziło się, a a słońce – tak mocno aktywne od maja – postanowiło pójść na urlop. Ładny, ale chłodny był 15 lipca – dzień w którym moją ulicą przejechał peleton Tour de Pologne. A potem przez kilka dni już tylko źle. Dni 16-19 lipca były totalnie ciemne, a na dodatek deszczowe. Najgorsza z najgorszych okazała się niedziela 17 lipca, gdy w strugach opadów wywołujących podtopienia w sąsiedniej gminie temperatura nie wyniosła nawet 16 stopni. Opady nie wystąpiły w formie ulew, stąd suma opadów w tych dniach nie była przesadnie wysoka – wyniosła 40mm. Mimo to, był to wyjątkowo kiepski czas, jakby wyjęty z najgorszych lipców znanych historii. Muszę tu jednak przyznać, że jeśli chodzi o załamanie pogody, jest to scenariusz jaki preferuję. Wolę cztery kompletnie „nieletnie” dni z prawdziwym zimnem, ulewami i innymi plagami, a potem szybką poprawę pogody, niż załamanie pogody w formie przeciągającego się „zgniłego lata” jak w lipcu 2018. Kiepski czas trwał krótko (co było jego atutem), jednak trzeba było mieć szczęście by tego uniknąć i to mi się udało :) W sobotni poranek 16 lipca wyruszyłem na dwutygodniowe wczasy w Sianożętach nad Bałtykiem. W tej chwili opowieść podzieli się na dwa wątki – pogoda na południu i na północy. Sam 16 lipca był dniem bardzo ciekawym. Swoje miasto opuściłem w chłodzie i rozpoczynającym się opadzie deszczu. Na tym etapie doby, opady nie przypuściły jeszcze decydującego ataku i już 50 kilometrów od domu było sucho – choć nadal ponuro. Zmiany zaczęły się na północ od Łodzi, w rejonie zjazdu na autostradę A2. Słońce w to sobotnie popołudnie zaczęło przebijać się coraz śmielej i już w Poznaniu czekała na mnie pełna lampka i 22 stopnie :) I tak było już do końca, aż do przyjazdu na miejsce wkrótce przed zachodem słońca. Rozpoczął się pobyt, którego pierwsze dwa dni okazały się rozczarowujące – chłodne, a 18 lipca dodatkowo częściowo deszczowe. Tego dnia wybrałem się na długą pieszą wycieczkę do dębów Bolesław i Warcisław – znanych pomników przyrody. Po drodze kilka razy złapał mnie deszcz, lecz po powrocie do miejsca zakwaterowania niebo zmieniło się nie do poznania. To symboliczny początek długiego ciągu wręcz wymarzonych dni, dzięki którym uznają ten pobyt nad morzem za najlepszy. Codziennie 22-24 stopnie i nieograniczone słońce, codziennie zachodzące w wyjątkowo spektakularny sposób. Powodów do narzekań nie miałbym jednak również w Nowym Sączu. Po paskudnym epizodzie z dni 16-19 lipca, 20-go natura oddzieliła go grubą kreską. Trzecia dekada rozpoczęła się kilkoma wymarzonymi, rozsądnie gorącymi, a zarazem lampowymi dniami. Temperatury wzrosły w tych dniach z 23 do 29 stopni. Wartość ta okazała się sufitem, bo „trzydziestek” nie notowano. Niestety, jak wynika z danych, 25 lipca pogoda stała się duszna i wilgotna, co musiało potęgować odczuwalne gorąco. Wrażenia wzmacniały ciepłe noce i częste, niemal codzienne burze, spośród których najbardziej gwałtowny przebieg miała ta z 28 lipca – przyniosła 34,1mm deszczu. Nieco pogorszyła się też pogoda nad morzem, znad którego miałem wkrótce wracać; nadal jednak trafiało się sporo pogodnych i ciepłych godzin, a morze nie było dla mnie zimne (choć ja to jestem specyficzny, moja pierwsza kąpiel w morzu w czerwcu w wieku 7 lat była przy ledwie 14 stopniach wody ;) ). Powrót przypadł na 31 lipca, który okazał się gorącym dniem, jednak wzrost temperatury zahamował jednoczesny wzrost zachmurzenia. Po południu i wieczorem padał deszcz i tak ów miesiąc przeszedł do historii.
Jego średnia temperatura wyniosła 19,2 stopnia; był wobec tego miesiącem „zwyczajnie” ciepłym. Maksymalnie notowano przeciętnie 25,4 stopnia, co jest wartością graniczną między klasami „lekko ciepłą” i „ciepłą”. Przyjemnie, w sam raz. Bardzo cieszyły także opady. Po suchym czerwcu, w lipcu spadło 150,9mm deszczu, więc wyraźnie ponad normę, a zarazem bez dużego odchylenia. Pochwały należą się za regularność opadów. Na wszystkie ruchome pentady, jakie można ułożyć z tego miesiąca (a jest ich 27), tylko dwie okazały się suche (20-24 i 21-25 lipca). Pierwsza dekada to jeden z najlepszych przykładów na to, że można połączyć regularność opadów z dominacją prawdziwie słonecznej aury i przyjemnymi temperaturami – choć arcymistrzem w tej dziedzinie jest lipiec 2017. W lipcu trzy lata temu nie mogłem narzekać też na słońce – pod jego czujnym okiem upłynęło aż 259,2 godziny, co stawia lipiec 2016 na piątym miejscu wśród lipców XXI wieku. Trudno się temu dziwić, bo poza „ciemną” pentadą codziennie było bardzo słonecznie. Krytyka należy się drugiej połowie III dekady za wiele parnych dni – ogólnie jednak rzecz ujmując III dekady lipców rzadko kiedy zachwycają, a ta z 2016 roku miała przynajmniej piękną pierwszą połowę. Zresztą ta druga też nie była znowu jakaś fatalna, bo temperatury nie były zbyt wyśrubowane, a do tego łagodziły je burze. Jak widać, nawet najsłabszy moim zdaniem miesiąc tego lata i pory ciepłej oceniam bardzo pozytywnie :) A będzie jeszcze lepiej, bo oto zaczyna się sierpień 2016 :)

Mimo kiepskiego pierwszego dnia, będącego chłodnym i pochmurnym odreagowaniem ostatniego dnia lipca, początek miesiąca okazał się nad wyraz udany. Dominowały łagodne letnie temperatury i bardzo wysokie usłonecznienie, nierzadko bliskie pełnemu. Wyjątkiem był tu tylko upalny 5 sierpnia, kiedy średnia dobowa (mimo nie tak spektakularnej temperatury maksymalnej) osiągnęła aż 24,2 stopnia. Ale to tylko jeden taki dzień, jedyny w sierpniu 2016 kiedy było mi trochę zbyt gorąco. Jego odbiciem lustrzanym był dzień kolejny, 6 sierpnia, kiedy całą dobę zdominowała pochmurna pogoda, a temperatura maksymalna osiągnęła zaledwie 18 stopni (z wartości godzinowych, oficjalnie było to ponad 26 ;) ). To tylko kolejny „wypadek przy pracy”, bo już następny dzień przyniósł lampkę i 23 stopnie, zaś kolejny (8 sierpnia) już 28. Po rześkiej nocy i tak lazurowym niebie jak wtedy, grzechem byłoby niespędzenie takiego dnia w całości poza domem. Na tym etapie sierpień był niemalże wymarzony. Łagodna termicznie i wyjątkowo pogodna, a zarazem nie do końca sucha I dekada miała się jednak ku końcowi, nadchodziło pogorszenie aury połączone z niemałym ochłodzeniem. 9 sierpnia temperatura była blisko dobicia do „trzydziestki”, jednak po południu z rowerowego rajdu poza miasto przepłoszyła mnie bardzo ciemna chmura. Wróciłem do domu niemal w ostatniej chwili (często mi się to zdarza ;) ), by obserwować jak za chwilę z nieba w świetle błyskawic runie znaczna ulewa. Spadło 25,1mm deszczu, lecz ten stan rzeczy nie uległ zmianie wraz z odejściem burzy. 10 sierpnia, kiedy w Tatrach spadł deszcz, był w całości bardzo mokry i wręcz nieprzyzwoicie zimny. Temperatura zamiast rosnąć, spadała i w pełni dnia notowano zaledwie 12-13 stopni. Zmarzłem wtedy, a sierpień 2016 bardzo mi wtedy podpadł. Nie tylko mnie, bo przez ten epizod wielu komentujących umniejsza wartości tego miesiąca. Okaże się jeszcze, że było to niepotrzebne, ale na razie trwa niezbyt miły pogodowo czas. 11 sierpnia zanotowano najniższą od dwóch lat temperaturę maksymalną wynoszącą 15,2 stopnia (ten poprzedni z 13 stopniami miał oficjalnie 17, ech… ;) ). Dzień był odczuwalnie lodowaty i jedynym marzeniem stało się dla mnie spełnienie prognozy ECMWF widzącej znaczne rozpogodzenia w Noc Perseidów. I tak się stało :) Już bardzo zimnym wieczorem, w porze zachodu słońca chmury zaczęły się rozstępować i nawet na chwilę padły na mnie promienie zachodzącej Dziennej Gwiazdy. W nocy zaś niebo stało się klarownie czyste. Widoczność była niezwykła i rozgwieżdżone sklepienie wyglądało jak gdzieś na głębokiej prowincji. Meteory spadały bardzo często, widziałem także kilka bolidów. Było to bardzo komfortowe widowisko dla wszystkich zmysłów, poza jednym… Zimno! O ile w lipcu nie zależy mi tak na temperaturach minimalnych, to przy skracających się dniach w sierpniu zyskują one na znaczeniu. 5,2 stopnia… nie no, to już była przesada. Mimo założonej kurtki (bez niej nie było co nawet na balkon wychodzić) nie dotrwałem do końca widowiska i przed świtem zmyłem się do domu. Noc z 11 na 12 sierpnia 2016 roku okazała się najzimniejszą sierpniową nocą w moim życiu. Niższą (i to sporo) wartość odnotowano w nocy z 28 na 29 sierpnia 1998 roku, kiedy nad ranem były tylko zniewalające 3 stopnie. Możliwe że czekałem już wtedy w kolejce do przyjścia na świat, ale pewności nie ma ;) Tak czy inaczej, po nocy Perseidów ogrzanie i wypoczynek były konieczne – tym bardziej że miałem już plan na 12 sierpnia. Wyjazd rowerowy z przyjaciółmi miał odbyć się przy chłodnej, ale bardzo ładnej pogodzie i faktycznie tak było. Dzień 12 sierpnia okazał się jak na zamówienie do tego typu aktywności – pogodny, akceptowalny termicznie (maksymalnie 19,2 w pełnym słońcu to już nieźle), suchy i bezwietrzny. Niska temperatura maksymalna i jeszcze bardziej niezwykła minimalna sprawiły jednak, że wspomniana doba zapisała się jako zdecydowanie „nieletnia” - ze średnią zaledwie 12,9 stopnia. Nie powiem jednak nic złego, przyjemny dzień, zwłaszcza że zaczynało się ziszczać małe ocieplenie. Kolejnego dnia notowano już niemal 22 stopnie, choć w przewadze było pochmurno, zaś 14 sierpnia dość niespodziewanie „stuknęło” 26. Dzień nie był jednak na tyle pogodny, jak można się spodziewać po takiej temperaturze, a dodatkowo utrzymana została regularność opadów i wieczorna burza nawodniła ziemię. Te dni aż do 17 sierpnia, były trochę „niewyraźne”, charakterystyczne bardziej dla polecia w końcówce lata. Z wyjątkiem chłodnego i pochmurnego 17 sierpnia (kolejny dzień, który bardzo mi wtedy podpadł, był bowiem dość wyraźnie „jesienny”), temperatury nieznacznie przekraczały 20 stopni, a słońce na niebie ścigało się z chmurami. Nie było to jednak tak złe dni. Może to nie jest takie lato, jakiego całkiem bym oczekiwał, ale… zimno nie było, ciemno nie było, bo codziennie w sprawiedliwych ilościach na niebie gościło słońce, temperatury minimalne nie były złe jak na drugą połowę sierpnia… a poza tym najlepsze dopiero przed nami :) 19 sierpnia temperatura po przerwie wróciła na pułap 25 stopni, ogrzewając wszystkich przy użyciu wręcz nieograniczonych ilości promieni słonecznych. Jeszcze cieplej i jeszcze bardziej pogodnie było kolejnego, pięknego dnia, kiedy od trzeciej dekady dzieliły nas już tylko godziny. A ta, choć wspaniała, zaczęła się falstartem. 21 sierpnia, w niedzielę po południu, wzrost temperatury atakujący już próg upału, zakłóciła burza z silnym opadem, który w słabszej formie przetrwał do dnia następnego, odcinając dostęp słońca na cały dzień 22 sierpnia i nie pozwalając temperaturze wzbić się do „minimum przyzwoitości” (20 stopni). Na tym etapie sierpień 2016 wydawał mi się bardzo przeciętnym miesiącem, ale cała jego reszta pozbawi mnie wszelkich złudzeń. Dekada 22-31 sierpnia, to jedna ze zdecydowanie najlepszych ostatnich dekad lata w historii. Nawet nie ma co opisywać każdego dnia z osobna, do końca sierpnia obowiązywała pełna lampa uatrakcyjniona tylko małymi cumulusami. A i to nie zawsze, trafiła się cała seria dni, kiedy można było zapomnieć o tym, jak wyglądają chmury. Temperatury okazały się wymarzone, pokazały całe spektrum letnich kombinacji termicznych – od łagodnego ocieplenia do 23/24 stopni przez 26/27 aż do jednorazowego zastrzyku upału. 28 sierpnia maksymalnie zanotowano 30,1 stopnia. Mimo to był to dla mnie wyjątkowo przyjemny dzień. Nienagannie czysty, pogodny, z umiarkowanym porankiem i wieczorem. Mój ulubiony typ tego rodzaju temperatury, zresztą co to za upał, kiedy temperatura średnia ledwo przekroczyła 20 stopni? ;) Te dni sprzyjały aktywności o każdej porze dnia i nocy – te bowiem dzięki niskiej wilgotności powietrza i idealnej czystości nieba zapewniły doskonałe warunki do obserwacji astronomicznych – świetny seeing, przejrzystość i stabilność atmosfery. Sprawę ułatwiała niska faza Księżyca, dzięki której z powodzeniem mogłem zaczaić się na bardziej subtelne obiekty głębokiego nieba. Przed wschodami Słońca polowałem na heliakalny wschód Syriusza (kiedy starożytni Egipcjanie o brzasku zauważali tę gwiazdę – posłańca Ozyrysa/Oriona – po raz pierwszy w sezonie, wiedzieli że zbliża się wylew Nilu). Także u nas było podobnie pogodnie jak w kraju faraonów – już do końca. Mała przerwa nastąpiła 29 sierpnia, kiedy wieczorem przeszła burza z dość mocną ulewą, zaopatrując w wodę każdy okres miesiąca. Po niej nadeszło ochłodzenie i dwa ostatnie dni lata 2016 roku upłynęły przy temperaturach maksymalnych rzędu 21-22 stopni i nadal rajskim usłonecznieniu. Ostatnia letnia noc okazała się jednak „nieletnia” (Tmin 7,6) i tym samym lato zrobiło ukłon w stronę jesieni. Ale nie tak prędko ;)

Moje ulubione lato zakończyło się normalnym termicznie sierpniem ze średnią temperaturą 17,7 stopnia. Przeciętna była też średnia temperatura maksymalna, równa 24,4 stopnia. Łagodne lato w wyjątkowo ładnej wersji – sierpień 2016 był moim zdaniem najlepszym nie-ciepłym sierpniem przynajmniej od 1973 roku. Jego usłonecznienie wyniosło niemal tyle samo co wynik lipca – 256 godzin. Jest to szósty wynik w XXI wieku i siódmy w całej historii (oficjalnie, bo osobiście poddaję dawne pomiary usłonecznienia pod coraz większą wątpliwość; chyba nie tylko ja). I podobnie jak lipiec pokazał, że bardzo duża liczba słonecznych godzin w lecie nie musi oznaczać niedoboru opadów – te zapisały się minimalnie powyżej normy ustalając sumę na poziomie 95,1mm. Nie były aż tak regularne jak w lipcu (duży był udział opadów pochodzenia burzowego), lecz i tak nie zdarzały się dłuższe bezopadowe okresy. Pod krytykę można poddać dni 10-13, a w najbardziej surowej wersji nawet do 17 sierpnia. Osobiście skracam ten „zły” czas do zaledwie dwóch dni. 10 i 11 sierpnia rzeczywiście nie powinny zdarzać się w pełni lata, jednak już kolejne dni (może poza kiepskim 17-tym), nawet jeśli niezbyt ciepłe jak na lato, nie były wcale złe, mnie się podobały. Dość słoneczne i to systematycznie przez cały czas (a nie tylko rano i wieczorem), z jedynie krótkimi, epizodycznymi opadami i nadal niezłą temperaturą. Wcześniej i później przed tym dwu/trzydniowym okresem źle oceniam już tylko 1, 6 i 22 sierpnia. Cała reszta była dobra, bardzo dobra lub wymarzona. Sierpień 2016 wspaniale i dobitnie pokazał, że tak ładny miesiąc letni wcale nie musi wygenerować dużej (a właściwie to żadnej anomalii). Obalił mit o niezbędności dodatnich odchyleń (i to niemałych) do tego, by subiektywnie odczuwana pogoda była „letnia”; sporo było bowiem naprawdę pięknych dni zapisanych poniżej normy – nawet w tak pięknych okresach, jakimi były I i III dekada. A co do tego ochłodzenia, to powtórzę że w przypadku takich załamań pogody najważniejsze jest dla mnie, by trwało krótko. Niech leje, niech będzie zimno – oby krótko. Takie niewyraźne, przedłużające się pochmurne epizody z ani letnią ani jesienną pogodą, to dla mnie odpowiednik „okołoplusowej” pluchy zimą. A przy ochłodzeniu w sierpniu 2016 przynajmniej sytuacja była jasna – poważne ochłodzenie, jedno z głębszych w ostatnich latach, ale tylko na chwilę. Reszta miesiąca zdecydowanie odpokutowała tę nielubianą parę dni, przez to znów wystawiam mu bardzo pozytywną ocenę :)

Tak skończyło się lato 2016, co do którego wyjątkowości jestem przekonany. Pierwszym powodem jest najbardziej oczywisty fakt, że bardzo podobały mi się w nim wszystkie trzy miesiące. W innych sezonach letnich, które bardzo sobie ceni, jak 2003, 2008, 2009, 2013 i 2017 zawsze trafiało się coś, co w mniejszym lub większym stopniu mnie odrzucało. W 2003 roku był to podzielony na chłodną i pochmurną pierwszą oraz gorącą i parną drugą połowę lipiec, a w mniejszym stopniu także skrajnie suchy sierpień, w 2008 długi, trwający niemal pół miesiąca okres w lipcu przypominający istny lipiec 1980, w 2009 czerwiec (dodatkowo wiele parnych i gorących dni w lipcu), podobnie w 2013, choć nie mogę pominąć też słynnej fali upałów z końcówki lipca i I dekady sierpnia, zaś w 2017 sierpień, który w moim regionie poszedł właściwie w ślady tego sprzed dwóch lat. Czerwiec 2017 był trochę lepszy niż rok wcześniej, podobnie lipiec (choć wiele się nad tym zastanawiałem), za to sierpień okazał się dość znacząco gorszy, wobec czego lato 2017 stoi w moim rankingu o krok niżej. Wymienione przeze mnie sezony letnie często borykały się również z mniejszym lub większym niedoborem opadów, przynajmniej okresowo, także dlatego że swój wpływ mógł na to mieć poprzedzający lato suchy maj. W 2017 roku lipiec załatwił tę sprawę we wspaniałym stylu, zsyłając niemal codzienne, sprawiedliwe opady wyrównujące niedobory po maju i czerwcu, jednak rok wcześniej… wcale nie było to potrzebne. Odpowiednie dawki wody zostały rozdysponowane na cały sezon, i to mimo suchego czerwca, gdyż w glebie znajdowało się odpowiednio dużo wilgoci po maju; zresztą i w czerwcu nie było z nimi tak źle – mało, a dość regularnie. Suma opadów całego sezonu wyniosła 278,2mm przy normie (1981-2010) równej 308,6mm. Nie jest to duże odchylenie na minus, zwłaszcza pamiętając o tym, że tylko niewielka część tej sumy pochodziła z ulew. Przewagę miały tu sprawiedliwe, często powtarzające się, nieutrudniające funkcjonowanie opady, które w 2016 roku jak rzadko kiedy trwały w symbiozie ze słońcem. Naprawdę nieudanych, zmarnowanych dni przez całe to lato było zaledwie kilka. Lato 2016 przyniosło sumaryczne usłonecznienie w wysokości 800,7h, co sprawia, że stało się trzecim, a może i drugim najbardziej słonecznym latem w całej historii pomiarów od 1966 roku. Zdecydowanym słusznym liderem jest oczywiście lato 2015, zaś na drugim miejscu, minimalnie przed latem 2016 jest… zgadnijcie ;) Tak, najgłupsze lato w dziejach. Średnio chce mi się w to wierzyć, ale o tym napiszę może kiedy indziej; o usłonecznieniu lipca 2019 mógłbym napisać felieton, jakiego nie powstydziłby się Tomasz Olbratowski :D Przechodząc do najbardziej wyraźnej kwestii, czyli temperatur, w 2016 roku lato okazało się wyjątkowo komfortowe. Poza bardzo krótkim epizodem w czerwcu i kilkoma niemile parnymi i gorącymi dniami w końcówce lipca (co jest niestety typowe), oszczędził zbytniego ciepła. Ściśle ograniczone zostały też chłody, które trwały bardzo krótko. Lato 2016 to jeden z liderów jeśli chodzi o stałość w systematycznym przekraczaniu 20 stopni – taka dobra passa trwała na dobrą sprawę już od początku maja, z zaledwie nieznacznymi, bo krótkimi „wyłomami” w dół. Epizody „nieletnie” zajęły mniej miejsca niż w 2018, 2019, a kto wie nawet czy nie 2015 roku (w drugiej połowie czerwca mimo wszystko bywało wtedy różnie).

Lato 2016 jest moim ulubionym właśnie dlatego – połączyło przyjemne temperatury, ekstremalnie duże (prawdziwe) usłonecznienie i bardzo mało ochłodzeń z bardzo zdrowo wyrobionymi opadami, co tworzy wymarzony całokształt. W każdym miesiącu, a nawet każdej dekadzie można było znaleźć coś dla siebie, co tworzy obraz lata, które w moim regionie postarało się chyba wszystkim dogodzić – urlopowiczom, rolnikom, ogrodnikom, dzieciom, starszym, kierowcom… słowem – bajeczka :) A to nie koniec, bo pozostał jeszcze jeden miesiąc :)

Wrzesień 2016 był niezwykły od samego początku. Kontynuację wspaniałego trendu z końcówki sierpnia przyniósł wręcz rajski pierwszy tercet – codzienne 25 stopni i pełne usłonecznienie sprawiły, że razem z przykładem 2011 roku oceniam ten czas, jako jedno z najpiękniejszych wejść w jesień w historii – a na pewno w bieżącym stuleciu. 4 września dość nieoczekiwanie temperatura wzbiła się aż do niemal 28 stopni, lecz jej dalszy wzrost zahamowały chmury niosące zmianę pogody. Tak doszło do kolejnego ochłodzenia spełniającego moje kryteria. Przez dwa dni było chłodno i deszczowo, bez słońca. Ale tylko przez dwa dni. Na to, co zaczęło się tuż po nich, znajduję tylko jedno określenie – poezja. Ruchoma dekada 7-16 września okazała się wręcz wzruszająco piękna. Nie dość że za nami tak udane meteorologiczne lato – wspaniała letnia aura przeprowadziła nas przez próg jesieni i prowadzi w czarujący czas magicznych, długich wieczorów i mglistych poranków wraz z tak niezwykłą pogodą. Niebo przez całe dni pozostawało bezchmurne, a promienie słońca miło otulały swoim ciepłem każdego dnia. Chyba każdy w moim otoczeniu był wtedy równie zachwycony co ja. Były ku temu powody, bo temperatury, choć wysokie, mieściły się w nawet wąsko pojętym komforcie. Nie wystąpiły dni „subupalne”, o przekroczeniach 30 stopni nie wspominając. W dzień notowano systematyczne 27 stopni, a najcieplejszy przyniósł szczytową wartość 27,8. Dla mnie to jeszcze w sam raz, stąd czerpałem z tej dekady w pełnym zakresie. Piękne noce nie straszyły zimnem, bo temperatury minimalne pozostawały na poziomie 12-13 stopni, tylko raz spadając poniżej 10. Średnie dobowe nie biły rekordów, wszak noce już wkrótce staną się dłuższe od dni. Najcieplejszy dzień, którym był 11 września, przyniósł ten parametr na poziomie 19,2 stopnia. Słowem – wspaniały czas, który nie zdążył się znudzić, bo 17 dnia miesiąca nadeszło pewnego rodzaju „urozmaicenie”, które miało chyba za zadanie przypomnieć o tym, że mimo wszystko mamy już jesień. Po dwóch „przejściowych” dobach, na cztery dni zrobiło się zimno. Temperatury maksymalne spadły poniżej 15 stopni, przy czym 20 września (najchłodniejszy dzień miesiąca), notowano najwyżej tylko 12,9 stopnia i chwilowo zrobiło się nieprzyjemnie, jednak było to konieczne, gdyż uzupełnione zostały opady (dni 6-16 września to najdłuższy okres bezopadowy w całej opisywanej porze ciepłej). Deszcz nie zajmował jednak całego czasu, dzięki czemu codziennie możliwe było wyjście na spacer bez parasola. Okazjonalnie zza chmur wyłaniało się słońce, które zbierało chyba siły na ostatni znaczący pokaz swojej umiejętności (niestety w całym roku). Przełomową datą jest tu 23 września, dzień dla mnie zupełnie wyjątkowy, gdyż gościłem wtedy w Warszawie, a konkretnie – nie chwaląc się - w Pałacu Prezydenckim :) W stolicy był to dzień na ogół pochmurny, z wyjątkiem przedpołudnia. Na południu zaczynał się jednak kolejny słoneczny peleton. To wtedy o trwającej jesieni zaczęły przypominać nam noce z temperaturami minimalnymi na poziomie zaledwie 5-6 stopni. Trudno było się temu dziwić, gdyż to już równonoc. Rekompensatą były jednak dni, które choć nie pokazały szczególnie spektakularnych temperatur (stały „maks” na poziomie 17-18 stopni i średnie w okolicy 10), to przynosiły mnóstwo pogodnego nieba i odsłaniały wyjątkowe krajobrazy polskiej jesieni. Jest coś magicznego w takich chłodnych wieczorach, kiedy pod głębią błękitu nieba przelatują sznury ptaków, nad polami ciągną delikatne mgły, a liście zaczynają zmieniać barwę. Cirrusy oświetlane promieniami słońca schowanego już za horyzontem, tworzyły piękne, kolorowe zorze. Szczególnie okazałą obserwowałem 28 września, tuż przed ostatnim uderzeniem lata. Ta noc była bardzo ciepła – temperatura minimalna wyniosła aż 14,4 stopnia. Wiał lekki fenowy wiatr, który kolejnego dnia w promieniach słońca podbił temperaturę aż do 24,4 stopnia. Nie trzeba mówić, że temperatura średnia tego dnia przekroczyła próg termicznego lata – i to niemało, bo aż o 3,3 stopnia. A ostatni dzień września? Prawdziwie gorący i prawdziwie letni, idealny na zakończenie wyjątkowej pory ciepłej. Tego dnia byłem w Muszynie. Wiatr ucichł i temperatura wzbiła się do niemal 26 stopni. Wszyscy lekko ubrani, niektórzy się opalali. Sielankowa, rajska atmosfera. Niebo jak na pocztówkach z krajów śródziemnomorskich, ciepełko i ostatni dzień września w kalendarzu. Nazajutrz rozpocznie się… ano właśnie, niedawno coś przyszło mi do głowy. Każdy widzi, że w ostatnich latach zdecydowanie nie mamy szczęścia do październików. Wielu zwraca uwagę na fakt, iż już od dawna nie obserwuje u siebie przekroczeń progu 25 stopni w tym miesiącu – także ja. W Nowym Sączu ostatnim październikowym dniem z tak wysoką temperaturą był niby 2 października 2006, ale jest jedno ale ;) Kiedyś pisałem na Meteomodelu o tym, że gdyby rok 2012 nie był przestępny i w pamiętnym lutym udziału nie miał jego ostatni dzień (bardzo ciepły), to ów miesiąc „przeskoczyłby” u mnie ekstremalnie chłodne lute z 1985 i 1986 roku i zapisał się jako najzimniejszy od prawdziwej Zimy Stulecia (1963), ustępując miejsca już tylko lutym 1954 i 1956. A jaki to ma związek z wrześniem 2016? Ano taki, że gdyby rok 2016 nie był przestępny, to dzień 30 września byłby naprawdę 1 października. A to oznaczałoby pierwsze wystąpienie tak wysokiej temperatury od dekady bez jednego dnia :)

Tak blisko… a jednak nie było miejsca na niedosyt. Wrzesień 2016 zapisał się jako miesiąc letni, anomalnie ciepły ze średnią temperaturą równą 15,5 stopnia. Stawia go to na siódmym miejscu. Cieplejsze wrześnie wystąpiły u mnie w latach: 1967, 1975, 1982 (najcieplejszy), 1994, 1999 i 2011. Identyczną temperaturę średnią miał wrzesień 2006. Średnia temperatura maksymalna wykazała 22,1 stopnia, co również stawia ten miesiąc w czołówce. Czołówka nie wystarczyła jednak jednej kategorii – w kwestii usłonecznienia bowiem wrzesień 2016 z wynikiem 216,6 godziny sięgnął po laur pierwszeństwa, poprawiając o niespełna 6 godzin rekord sprzed dziesięciu lat. Nie nacieszyliśmy się tym rekordem jednak długo, gdyż kolejne jego pobicie nastąpiło w 2018 roku :) Tak czy inaczej, wrzesień 2016 jawi się jako naprawdę piękny miesiąc. Mankamentem była niska suma opadów wynosząca tylko 33mm (jedyny naprawdę suchy miesiąc tej pory ciepłej, deszcze padały nieregularnie), ale mając na uwadze że trwa jesień i za kilka dni czeka nas wiadomo co, nie trzeba się tym przejmować. Wspaniała, długa pora ciepła zakończyła się, otwierając drzwi mającemu być miesiącem przejściowym październikowi 2016. Na dobry początek otrzymał jeszcze od kończącego się września solidny zastrzyk ciepła. 1 października okazał się niemal zupełnie wierną kopią swojego poprzednika – pięknym, słonecznym i bardzo ciepłym, termicznie letnim dniem, w którym zanotowano 24,4 stopnia. Wspaniała sobota i wspaniały początek miesiąca. Ciepło było jeszcze dnia następnego, lecz niebo dość nagle poczęło zaciągać się stratusami. I 3 października stało się coś bardzo złego. Temperatura runęła na łeb na szyję, doszło do całodziennej ulewy, a prognozy straciły chyba wszelkie nadzieje. 5 października odczuwalnie można zaliczyć do zimy – bo jak nazwać marznący deszcz padający przy 4 stopniach w pełni dnia? Spójrzcie na tę pogodową precyzję – „mała zima” na trzy dni przed rozpoczęciem i trzy dni po zakończeniu pory ciepłej. I ten drugi przypadek bolał chyba jeszcze bardziej, bo każdy widział jakie mamy przed sobą perspektywy. Wspomnienia minionego września i lata długo napawały tęsknotą – i chyba jeszcze nieraz będą. Piękny pięciomiesięczny czas, tak przyjemne temperatury, tak dużo słońca (drugi najwyższy wynik), tak komfortowa sytuacja opadowa… To nie zdarza się często. Ale na dobre rzeczy warto czekać. A nuż się spełnią :)
 
     
Jacob 
Poziom najwyższy
Jacob


Hobby: Meteorologia
Wiek: 23
Dołączył: 03 Cze 2019
Posty: 1271
Miejsce zamieszkania: Włocławek
Wysłany: 2019-10-10, 14:57   

Maj 2016 ciekawy miesiąc, podzielił Polske na ekstremalnie ciepłą północ i przeciętne południe (trochę jak sierpień 1997) czerwiec podobny, ale znacznie słabszy kontrast, oba miesiące piękne. Również wrzesień wspaniały, sierpień niestety tkai sobie, przez bardzo słabą ilość słońca, lipiec natomiast tradycyjnie dał d... Jak co drugi rok, albo i częściej :evil: , wyjątkowo mało udanych dni, II dekada paskudna i sauna w trzeciej, podobnie jak lata później (nie dziwi mnie dlaczego @FKP tak się podobała ;) )
 
     
PiotrNS 
Poziom 8


Hobby: Większość z wymienionych
Pomógł: 3 razy
Dołączył: 01 Maj 2019
Posty: 654
Miejsce zamieszkania: Nowy Sącz/Kraków
Wysłany: 2019-10-10, 21:05   

Dość podobnie było w lipcu 2018. Mój region miał w tym miesiącu najmniejsze odchylenie z całej Polski. Byłem zdziwiony jak wysoka jest krajowa anomalia i jak niektóre regiony mocno ją śrubują, podczas gdy u mnie aż do 27 lipca miesiąc był... idealnie w normie. I ostatecznie wyszedł tylko lekko powyżej. Oprócz kwietnia i sierpnia wszystkie miesiące "Wspaniałego Półrocza" charakteryzowały się w mim mieście niższymi anomaliami niż przeciętnie w kraju.
 
     
Jacob 
Poziom najwyższy
Jacob


Hobby: Meteorologia
Wiek: 23
Dołączył: 03 Cze 2019
Posty: 1271
Miejsce zamieszkania: Włocławek
Wysłany: 2019-10-10, 21:35   

U mnie był to za to szósty najcieplejszy lipiec w serii po lipcach 1959,1994,2006,2010 i 2014. Taki niepozorny lipiec a u mnie miał taką samą tśr jak sierpień 1992, u was najcieplejszy miesiąc w historii ;-)
 
     
PiotrNS 
Poziom 8


Hobby: Większość z wymienionych
Pomógł: 3 razy
Dołączył: 01 Maj 2019
Posty: 654
Miejsce zamieszkania: Nowy Sącz/Kraków
Wysłany: 2019-10-10, 23:35   

Jacob, lipiec 2018 w Toruniu był taki jak lipiec 2006 w Nowym Sączu (tylko o 0,1 chłodniejszy) 😅 A u mnie to taki przeciętniaczek. Widzę że w Toruniu aż sześć miesięcy było równych lub cieplejszych od najcieplejszego w historii (wiadomo jakiego) u mnie. Mam szczęście ;)
A wracając do pory ciepłej 2016, to maj rzeczywiście ostro podciągnął w Twoich okolicach anomalię. Chyba właśnie Kujawy i Wielkopolska miały największe odchylenie, o ile dobrze pamiętam.
 
     
kmroz 
Moderator
kmroz


Hobby: Meteorologia
Dołączył: 02 Sie 2018
Posty: 1600
Miejsce zamieszkania: Opacz, pow. pruszkowski
Wysłany: 2019-10-10, 23:54   

Piękne podsumowanie. Szkoda, że tak ta pora ciepła u mnie nie wyglądała. Zachwycające tylko maj i czerwiec, reszta przeciętna, swoim brykaniem i polaryzacją dość niezdrowo przypominała mi 2018 rok. Wrzesień 2016- tydzień upałów vs prawie dwa tygodnie zimna- to nie jest to! Lipiec 2016 i sierpień 2016 też na kolana nie powalały, sierpien mi sie nawet podobał, ale sierpień się zwykle podoba.
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Akagahara style created by Naddar modified v0.8 by warna
Copyright © 2018-2019 Forum LUKEDIRT
Strona wygenerowana w 0,08 sekundy. Zapytań do SQL: 10